SGGO.pl

Start
31 709 km
25%
50%
75%
...
31 709 km przejechane kilometry

Relacja z wyprawy

Anchorage - Punta Arenas

Jestem w
Zielona Góra
21° C

Mazatlan 17-19.09.2013

Monument Valley, 27.07.2013

Salt Lake City 23.07.2013

Lecę do ..., no właśnie gdzie? 12.07.2013

- Samolot jest za nieco ponad godzinę - dowiaduję się w siedzibie firmy Inland Air Charters w Prince Rupert, gdy wchodzimy tam z Lechem około godziny szesnastej.
Mało, bardzo mało czasu, ale powinno się udać. Nie rezygnuję. Nie wiem dlaczego, ale wewnętrznie czuję, że jeszcze raz, ostatni raz w trakcie tej podróży chcę odwiedzić Alaskę.
Ta wizyta, to jak ostatnie pożegnanie, ostatnie spojrzenie na krainę, która mnie zauroczyła. 
Tylko czterdziesto minutowy lot na północ i będę w Ketchikan na Alasce, jeden dzień, jutro wrócę. To powinno mi wystarczyć.

W związku z tym, że Lechu chce trochę popracować to zostaje na miejscu w Prince Rupert, ja lecę.
Pomyślałem, że mimo, iż nie ma takiej potrzeby, krótka przerwa obu nam dobrze zrobi.
Zawożę go do motelu w centrum miasta.
Wracam, na parkingu przed budynkiem pakuję mały podręczny plecak do którego chowam: szczoteczkę, aparat, iPada, bieliznę na zmianę i kurtkę przeciwdeszczową.
Wchodzę do środka, kupuję bilet i siadam w poczekalni, do odlotu niespełna 30 minut.

Z powodu opadów deszczu i słabej widoczności samolot jednak się spóźnia. W tym czasie, w poczekalni wypijam już trzecią kawę. W końcu jest! Ląduje na wodzie, tuż obok.
Przez okno obserwuję jak wychodzi z niego kilka osób. Dwóch mężczyzn wyciąga dość ciężkie pakunki. Intensywny deszcz sprawia, że skuleni próbują jak najszybciej dostać się pod dach terminala. Wysiada pilot.
Mężczyzna z obsługi naziemnej ubrany w kurtkę przeciwdeszczową z grubym wężem zarzuconym na ramię rozpoczyna tankowanie.

Już tylko minuty dzielą mnie od startu. Ciekawe, czy będzie mocno rzucać. Przy takiej pogodzie jest to bardzo prawdopodobne.
Sięgam do kieszeni spodni po bilet. Jeszcze tylko odruchowe, zwyczajowe krótkie spojrzenie i… Litery w jednej kolumnie budzą moje zainteresowanie, a zarazem lekki niepokój. Coś nie gra…
Ten skrót jest tak intrygujący, że postanawiam rozwiać swe wątpliwości korzystając z pomocy obsługi. Podchodzę do stanowiska i pytam co oznacza.
Ta miła pani za ladą wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, proszę ją więc aby pokazała mi to miejsce na wiszącej za jej plecami mapie. Przechodzę za ladę stanowiska odpraw.
Tak, teraz nie mam już wątpliwości. To lot na jedną z Kanadyjskich wysp, kierunek zachodni, a ja przecież chciałem lecieć na północ.

Kupiłem bilet, ale właściwie dokąd? Będąc pod wpływem sugestii (wcześniej dostałem informację, że tylko ta firma lata na Alaskę), presji czasu i chęci spędzenia jeszcze dwóch dni na Alasce, kupiłem lot w nieznane.
Nazwy w wymowie brzmiały podobnie, a może tylko mi się wydawało.

Młoda kobieta szybkim krokiem prowadzi mnie do pomieszczenia bagażowego. Z wózka lotniczego dosłownie na sekundy przed odlotem wyciągam swój plecak.
Wszystkim jest bardzo wesoło.
Po tych trzech kubkach kawy, diametralnym zwrocie akcji i „cudownym ocaleniu” jest mi tak gorąco, że wsiadając do samochodu mocno uchylam wszystkie okna,
mimo, że na dworze tylko jedenaście stopni i mocno pada deszcz.

Jadę do centrum Prince Rupert, uśmiecham się...

Fairbanks 04.07.2013

Dzień dobry z Fairbanks na Alasce.

Wróciłem wczoraj moim Rubiconem zza kręgu polarnego na Alasce, bo przecież wciąż mi mało i mało. Trasa z Nowego Jorku do  Anchorage była długa i męcząca, ale ciągłe przekraczanie granic mam chyba we krwi, więc jadę dalej. Jeszcze dalej…

Teraz, kiedy jestem na tak odległej północy, gdy zrealizowałem plan dojazdu do Anchorage, pomyślałem:
- Niech następną granicą będzie rzeka Jukon na północy. No i pognałem. Usiadłem na brzegu rzeki, w ciszy i w spokoju wpatrywałem się w brunatne wody i podziwiając jednocześnie jej wielkość. Spojrzałem na północ. I wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl;
- Właściwie to dlaczego nie tam?

Świadomość, że krąg polarny tu, na Alasce jest tuż tuż, nie pozwoliła mi się zatrzymać. Wsiadłem do Jeepa i pojechałem dalej. Go North!    
Dobrze, że panujący tu chłód nieco ostudził mój zapał, bo pewnie pognałbym na biegun. Jadę drogą z czerwonej gliny a dookoła tylko las. Las, niebo, deszcz i biegnąca równolegle rura systemu Trans-Alaska Pipeline przypomina o istniejącej "gdzieś" cywilizacji.

Od ponad miesiąca jestem w podróży. Realizuję II etap projektu „Dookoła Świata – Ameryka”, a przecież jeszcze kilka dobrych miesięcy przede mną.
Aby dojechać z Nowego Jorku na Alaskę musiałem pokonać 11 000 km!
Postanowiłem więc, że mnie i mojemu przyjacielowi Rubiconowi należy się kilka dni odpoczynku od podróży. Wykorzystałem ten czas na gruntowny przegląd samochodu. Wymieniłem olej i filtry, bo reszta była ok. Od dnia, kiedy kupiłem Rubicona, jadąc nim w projekcie SGGO.pl przejechaliśmy razem ponad 52 000 km po bezdrożach Azji oraz Ameryki.

Na Alasce poznałem fantastycznych ludzi. Przesympatycznego doktora Andrzeja, który też jeździ nowym Jeepem Rubiconem. Roberta, dynamicznego właściciela firmy zajmującej się stawianiem hal przemysłowych.
Panowie od lat mieszkają w Anchorage.
Pozdrawiam Was serdecznie!

Po drodze tyle się wydarzyło... To co widziałem, trudno czasami ubrać w odpowiednie słowa, tak, aby możliwie najlepiej opisać wszystkie wrażenia.
Miejsca, ludzie, zapachy, smaki. I droga. Tu w Ameryce i tam na Syberii.
Tak, droga stała się motywem przewodnim tej podróży.
Kiedyś tego nie rozumiałem, teraz to czuje!  Jeepem po drogach i bezdrożach.
Czy właśnie tak smakuje wolność?
Cdn… na www.SGGO.pl

Paryski korespondent Angory na trasie SGGO.pl

Paryski korespondent Tygodnika Angora, postanowił, że weźmie udział w wyprawie, by pokazać czytelnikom Angory, co ciekawego mozna zobaczyć z "pokładu" Rubicona.
Dziennikarz przez pewien czas będzie jechał ze mną, o jego spostrzeżeniach i o tym co wydarzyło się w trakcie podróży, będziecie mogli poczytać w Tygodniku Angora.

Skad, dokad...? 24.06.2013

Miałem wstać o piątej rano, ale że w domu rzadko mi się to udaje, więc i tym
razem skończyło się na planach.
To nic. W podróży nie można się spieszyć, choć na dzisiaj do przejechania
zaplanowałem dość długi odcinek.

Na śniadanie czekoladowy muffin i kawa.

Droga, kolejne kilometry, wspaniałe widoki i dzikie zwierzęta po drodze.
Prawie jak w Yellowstone. Bizony po lewej, na skałach szara kozica, w
jeziorze kaczki i czarny niedźwiedź po prawej.

Jest prawie 18:00, wyjeżdżam z Wotson Lake. Nie bardzo mi się tu podoba,
dlatego postanowiłem, że poszukam innego miejsca na nocleg.
Jak na tę godzinę, jest potwornie gorąco, a słońce zanim na chwilę za
horyzontem się schowa będzie
na niebie jeszcze ponad siedem godzin.  

Ruch zmalał, droga prawie pusta. Dobrze się jedzie.
Zjeżdżam z góry, słońce nie świeci mi w twarz więc widoczność jest dobra.
Z naprzeciwka pod górę mozolnie podjeżdża rowerzysta. Sam.
- Ciekawe jak długo dziś jedzie.
Byłem tak zajęty rozmyślaniem, że nawet nie zdążyłem mu się przyjrzeć.
- Mogłem się zatrzymać i zapytać czy ma wodę - wyrzucam sam sobie.
Ale nawet nie zwalniam, lekko tylko przykładam nogę na pedał hamulca i
jednak jadę dalej. Zastanawiam się. Targany wątpliwościami przejechałem
jeszcze 2 kilometry.

Zawracam. Może jest wykończony, przecież odcinek jest cholernie długi, może
nie mieć już wody. Jest tak gorąco.
Podjeżdżam, równam się z nim, patrzy na mnie zdziwiony, ale zwalnia.
Zanim do niego dotarłem zdążył już prawie pokonać następne wzniesienie
- Hej - witam się z nim przez otwarte okno pasażera.
Lekko zdziwiony zatrzymuje się, zasiada z roweru.
Nie zdążył jeszcze odpowiedzieć na moje powitanie, gdy pytam:
- Czy wszystko u Ciebie ok, czy chcesz może wodę do picia?
- Tak - odpowiada. Teraz widzę, że jest zmęczony ale też zdziwiony moim
zachowaniem.
- Gdzie jedziesz? - pyta.
- Na Alaskę.

Jeszcze bardziej zdziwiony mówi i pokazuje, że to w przeciwnym kierunku i że
on wraca z Alaski.
- Tak wiem. Zawróciłem tylko po to by zapytać czy masz wodę - odpowiadam
Widać niedowierzanie na jego twarzy.
- Skąd jesteś? - pytam
- England. A Ty?
- Jestem Polakiem.
- Myślałem, że francuzem, taką masz urodę.
Patrzy na mnie oparty o ramkę otwartego okna, przez które rozmawiamy, Widać,
że w głowie kotłuje mu się jakaś myśl. W końcu tonem doświadczonego
podróżnika mówi:
-  Jesteś pierwszym Polakiem którego poznałem i który jest OK. (bardzo mocno
akcentuje OK).

Anglik.
Zrobiło mi się miło. Mam nadzieję, że od tej pory będzie miał lepsze zdanie
o Polakach. Ciekaw jestem, czy tak jak ja prowadzi dziennik podróży i czy
odnotuje w nim, że spotkał Polaka, który jest OK.

Postanowiłem, że od tej pory będę przyglądał się każdemu mijanemu
rowerzyście. Oraz, że każdego będę pytał, czy czegoś nie potrzebuje.

Ten krótki postój dobrze mi zrobił. 500 km przejechanych dzisiejszego dnia w
tym upale potrafi wykończyć. Mimo ograniczenia do "setki" tempomat ustawiam
na 112 km/h. Postanawiam przejechać dzisiaj jeszcze 100 km.

Nocuję w drewnianym domku nad jeziorem. Szału nie ma, ale jest całkiem
przyjemnie. Za to kolacja jest totalnym zaskoczeniem. Tu, w Kanadzie, na
terytorium Jukonu jem przepyszne ruskie pierogi. Podsmażone na cebulce i
boczku. Prawdziwe "ruskie" pierogi.

Montana 19-20.06.2013

W USA jest taki stan, piękny region, gdzie mieszkają prawdziwi kowboje, tacy jakich znamy z filmów i żartów.
Tak, noszą kowbojskie kapelusze, dżinsy, paski z dużymi klamrami i wysokie buty.
Nie ma w tym nic dziwnego, taki mają tutaj styl.

Ta kraina jest inna niż pozostała cześć Stanów Zjednoczonych.
To region, gdzie hoduje się bydło i konie. Ostrogi, lasso i pickupa ma chyba każdy.
Muzyka country i country live jest prawie w każdym barze. Na gitarach i skrzypcach muzycy tak świetnie grają, że trudno opuścić te miejsca.
Szczególnie, że "rzeka” whisky płynie nieprzerwanie szerokim strumieniem. Podziały nie istnieją.

Kobiety szczupłe o odmiennej urodzie, zamiast szpilek i kozaków noszą skórzane buty kowbojki, przy czym w swoich obcisłych dżinsach i kolorowych krótkich spódnicach, wyglądają naprawdę atrakcyjnie.
Taka moda.
Tutaj w markecie, inaczej niż w innych częściach USA z góry się nie przeprasza!
To takie miejsce na świecie, gdzie faceci uczestniczą w zawodach rodeo ujeżdżając dzikie konie. Ci mniej zaprawieni, w klubach i barach mogą spróbować swoich sił na elektrycznym byku.

Ten stan to Montana!
Krajobrazy, pastwiska i góry są przepiękne, szczególnie wieczorem na tle zachodzącego, złocistego słońca.
Wiele miasteczek i osad ma westernowy styl i drewnianą zabudowę.
Podróż po Montanie umila radio Wolf, emitujące nostalgiczne ballady.

Yellowstone 17-18.06.2013

Dzien pierwszy.

Fizycznie jestem silny, ale bałem sie jak cholera.
Schodzę już z góry gdy większość uczestników jeszcze wspina się pod nią.
Kupilem bilet w jedna stronę i wybrałem się łodzią przez jezioro do położonego po drugiej stronie brzegu punktu widokowego, na który trzeba sie wspiąć. To trasa ok 2 mil pod górę.
Ubrany w krótkie spodenki, koszulkę clima-tech i wygodne buty postanowilem ta trase zrobic w godzine, sprintem.
Zabrałem ze soba, zegarek, mapę i dwa profesjonalne aparaty (iPhone i Canon) którymi robię wszystkie zdjęcia.

Wyruszyłem na szlak.
Wejście było szybkie, kilka fotek zrobionych po drodze w górę i w dół. Na zejściu, dochodzę do rozwidlenia w którym powinienem skręcić w lewo, ale mój szlak jest zamknięty.
Wyznaczone obejście, prowadzi pod góre i od razu mi sie nie podoba. Idę sam, bo wszyscy kupili powrotne bilety na lodź.
W parku jest dużo niedźwiedzi  Gryzlly i Black, o czym strażnicy parku bez przerwy informuja i ostrzegają o zagrozeniu! Bałem sie!
Obejście miało ponad 5 mil, to "szybkie wejście" zajęło kilka godzin. Na parking wszedłem zmęczony, ale zadowolony.

Widoki są cudne. W dzień jest ok 25 st, wieczorem bylo dziewięć, w nocy jeszcze mniej.
Strasznie zmarzłem gdy siedziałem w tak zwanym amfiteatrze i oglądałem prowadzoną przez strażniczkę parku prezentacje o wilkach żyjących w Yellowstone.
Takie wieczory organizowane są w kilku rożnych miejscach parku codziennie o 21.30 Zbierają sie tam chętni i pod gwieździstym niebem uczestniczą w tym niecodziennym spektaklu, a nad kempingami unosi sie zapach, mgielka dymu z ognisk, pomieszana z zapachem siarki gejzerów.


Jadę na położony 2 mile dalej kemping, bo dowiedziałem sie ze tam jest bufet w którym można coś zjeść. Kolejka jest dłuuuga, ale cierpliwie stoję z tacą w ręku i marzę e o żeberkach.
Podchodzę do lady, żeberek nie ma, wołowina w sosie właśnie się skończyła, mięso pieczone tez i ... wlasnie w tej chwili prądu tez przez chwile zabraklo.
Chłopak który mnie obsługuje pyta skąd jestem.
Jego matki, ojciec był z Polski, wykrawa mi ładny kawałek mięsa i życzy szczęśliwej podróży.

Wybrałem kawał pieczonego mięsa, dla Amerykanów to porcja small, ten co mnie przy kasie liczył  tez mówi small, a u nas dla 2-3 osob. Oczywiście nie zjadłem wszystkiego!

Yellowstone dzień drugi:

Kolejny ładny dzień, temp. 27-29 stopni. Ogladam najciekawsze miejsca parku.
Widziałem gejzery, wodospady, piękne łąki, jeziora, rzeki i zwierzęta. To miejsce dla miłośników przyrody.
Park Yellowstone urzeka, namawiam wszystkich którzy planują wizytę w USA, to miejsce warto odwiedzić!

Opuszczam teren parku Yellowstone, przez chwile zrobiło mi się smutno, że wyjeżdżam z tak pięknego miejsca, ale wyjechałem do Montany i od razu polubilem ten stan!

Black Canyon, Black Bear! 13.06.2013

Przez ostatnie dwie noce źle spałem, może to przez te wysokości na których teraz przebywam, choć 2 500 mnpm, to przecież żadna wysokosc. Boli mnie też gardło i czuje się przeziebiony.
Klimatyzacja i + 44 st.C przez ostatnie dni w Colorado Springs zrobiły swoje.
Zobaczymy czy podstawowe srodki zapowiegawcze przyniosa skutek.

Wyjeżdżam z miasteczka, po drodze zatrzymuję się i oglądam rafting.

Zauważyłem ze paliwo na stacjach Shella jest bardzo dobrej jakości, silnik pracuje cichutko, swietnie wchodzi na obroty, nie ma też charakterystycznego deaslowskiego klekotania.
Spadło też żużycie paliwa o ponad litr na 100 km, co jest potwierdzeniem moich obserwacji.
Z paliwem generalnie nie ma problemu, może nie jest na każdej stacji, ale ilośc punktów sprzedaży jest tak duża, że nie ma obaw o to że stanę gdzieś przy drodze.
Zwiększyłem tylko czestotliwosć tankowań, jak wskazówka zbliża sie do połowy zbiornika, tankuje na pierwszym napotkanym Shellu.

Wjeżdżam do parku narodowego, Black Canyon, który nie robi na mnie wrażenia.
Słyszę rozmowę dwóch motocyklistów.
- Jest tu niedżwiedź, pyta jeden
- Jest!, Black Bear!
Dwóch, stojacych obok, którzy dopiero przyjechali, jak tylko to usłyszało od razu wsiedli na motory i wyjechali z parku.

Nocuje w Montrose, do Silverton 58 mil.

US ARF ACADEMY, 12.06.2013

W Colorado Springs, mieści się szkoła pilotów US.
Postanowiłem ja zobaczyć, bo pewna jej część dostępna jest dla zwiedzających.

Wbijam w GPS jako atrakcję turystyczną US AFA i zgodnie z wytycznymi na ekranie kieruję się do visitor centre.
Powoli podjeżdżam pod bramki, w kolejce równo sunacych samochodów, z nawigacji słyszę głos "jesteś na miejscu", ale żolnierz w mundurze z elektronicznym terminalem na przedramieniu i postoletem przy pasie pyta:
- Sir, military id, please!
- I dont have military id. I"m tourist. I"m going to the visitor centre.
- To nie ten wjazd, tu tylko wojskowi, zawróć, zjazd 156b z drogi I 25. Nie pada żadne zbędne słowo, posłusznie wykonuję polecenie, mimo ze był uprzejmy, to jednak cholernie stanowczy i te ... przyciemniane okulary!
Zjazd 156b który odszukałem, też prowadzi do bramek, przy których stoja uzbrojeni żołnierze, ci na szczęście nie chca military id.
Wszystko jest tak zrobione, że do pewnych stref się nie wjedzie, wszystkie bramki otwiera się kartami dostepowymi. Do i z visitor center prowadzi jedna droga.

Po obiedzie, przed wyjazdem w góry wybieram się jeszcze na krótki spacer po downtown Colorado Springs. Jest chłodniej, powiedziałbym przyjemnie ciepło, 33 st. C, to o 11 mniej niż wczoraj.
Zamawiam kawę w Starbucks, siadam na zewnątrz przy wystawionych stolikach i korzystając z bezpłatnego WiFi, przegladam pocztę w telefonie.
Ruch w mieście niewielki, upał wygnał wszystkich do chłodnych klimatyzowanych pomieszczeń.
Podchodzi do mnie młody, uśmiechnięty, dobrze wyglądający chłopak.
Ma krótkie spodenki, koszulkę, trampki na nogach i torbę przewieszoną przez ramię.
- skąd jesteś, pyta
- z Polski, z Europy, odpowiadam
Wyciąga rękę w geście powitania, nie odmawiam.
- widzisz, mówi, ja jestem stad, a Jezus jest tam w niebie, równocześnie pokazując w górę.
Delikatnie uderza w struny gitary, gra jakis utwór i luznym niepiesznym krokiem, z ta torba przewieszoną przez ramię odchodzi prawie pusta ulicą. 
Odprowadzam go wzrokiem, tak długo, zanim nie zniknie w warstwach gorącego powietrza. Zastanawiam się nad zdarzeniem jeszcze przez chwilę, ale to krótkie spotkanie nie pozwala mi go ocenic.

Nocuję w górach, Buena Vista położona jest na wysokości ponad 2450 mnpm.
To takie małe miasteczko z jedną główną ulicą, wzdłóż której ciągną się sklepiki, bary, fryzjer, bank i muzeum. Jest też stacja koleji i mnóstwo staroci.
Życie mieszkańców w ciągu dnia i po zachodzie słońca toczy się właśnie tu. W jednym z lokali na kolację jem, pyszny makaron z brokulami, cebulą, szparagami i wołowiną.

Przenoszę się obok, pije piwo w typowym amerykanskim barze, po garażu.
To miejsce było kiedyś warszatem, nieznacznie przerobione, z wysokim sufitem i świetnie urządzone, bardzo mi się podoba.
Live music, różnych wykonawców, świetna atmosfera, tańce..., ładna barmanka w krótkiej spódnicy, kolejny wykonawca, ten klimat i mieszkańcy, tworzą niezapomnianą atmosferę.
A przez uchylone warsztatowe bramy, widać góry!

Podróż nabiera kolorów, jestem szczęśliwy, znowu niebezpiecznie mnie wciąga ...
W kącie, zwinieta w rulon stoi mapa Europy.

Witamy w Kansas, 11.06.2013

Nic nie wskazywalo na to ze wczorajszy dzień okaże sie tak długą dojazdówką. Zaczęło sie niewinnie. Dwieście, potem kolejne dwieście, nic ciekawego po drodze, obiad i kolejne 200 km. Tankowanie i wieczorem okazało sie, ze przejechalem 848 km, co przy tutejszych dozwolonych predkosiach na autostradach wynoszacych 55, 65,70 i wyjatkowo 75 mil, uwazam, ze jest wynikiem dobrym.

Witamy w Kansas ..., tak przywitała mnie, miła starsza pani gdy w przydrożnym hoteliku w ktorym zatrzymalem sie na noc, szedlem rano po kawe.
Moje wejście spowodowało ogólne poruszenie wśród załogi.
Odniosłem wrażenie, że musieli rozmawiać na mój temat, a, zaparkowany nieopodal wejścia Jeep na pewno zwrócił ich uwagę.

To jedna z pierwszych i niewielu tego typu reakcji w Ameryce. To co zauważyłem juz wcześniej, oklejony JWR, nie zwraca i nie przyciąga uwagi Amerykanow. Nawet policja mnie ignoruje.
Oni tu zajęci są swoimi sprawami.

Iowa City, 09.06.2013

Schodzimy z Artkiem na śniadanie, to nasz ostatni wspólny posiłek.
Po kilku dniach pobytu w Chicago przyszła pora opuścić to ładne miasto.
Chicago zachwyca, może nie od razu, ale ma swój "klimat" i ma to "coś".

Tu, swój początek ma słynna droga Route 66, tu wymyślono amerykańskie "drapacze chmur", tu żyje największe skupisko Polaków na emigracji. To trzecie najwieksze miasto w USA.

Dzisiaj, każdy z nas pojedzie w swoja stronę.
Ja jadę dalej, przede mną jeszcze wiele tysięcy km II etapu.
Artek po blisko 3 tygodniach wspólnej podrózy, postanawia wracać do domu, o 15 ma bezpośredni lot do Berlina.
Śmieję się z niego, że skończyły mu się wyprasowane koszulki, dlatego zmuszony jest do powrotu - ale jak tłumaczy powody są zupelnie inne.

Artek, dzięki za udział i pomoc w wyprawie!
Pojechaliśmy razem, tak z marszu, bo przecież jeden nie znał drugiego.
Mimo że kazdy z nas jest inny, dobrze się razem jechało.
Podróż pozwala spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy i ... uczy!
W zgodzie i dobrych relacjach, do zobaczenia (na śniadaniu) w ZG.

Pierwszy dzień jadę sam, staram sie jak najdalej odjechać od Chicago.
Cały czas droga I 80 na zachód, na kompasie znowu magiczne 275!

Docieram do Iowa City, tu przenocuję, zrobiłem 364 km.

W USA, przy ulicach, w różnych częściach miast, znajduja się bardzo tu popularne pralnie.
Koszt jednego prania to 1,5 dolara. W tej cenie jest dostep do pomieszczenia, są pralki, suszarki, prysznice, TV, nierzadko też WiFi.

Piore wszystki moje brudne ciuchy, pozwalam sobie na luksus, biale, czarne, osobno, razem 3 $.
Zadowolony idę spać.

Indianapolis, 03.06.2013

Idziemy w kierunku centrum, czystymi, pustymi chodnikami. Z lewej i prawej szerokie czeropasmowe arterie komunikacyjne, prawie puste.
Ruch jest niewielki, jest godzina siedemnasta, może osiemnasta.
Miasto wygląda ładnie, ale sprawia wrażenie opustoszałego.

Spacerujemy po downtown, ruchu pieszego praktycznie nie ma. Zaparkowane taksówki czekają na klientów. Zastanawiamy się co jest "grane", ile Indianapolis może mieć mieszkańców i co sie z nimi stało? Dookoła Cisza!

Wchodzimy do baru ... i tu znajdujemy odpowiedz!
Od drzwi, uderza hałas i gwar rozmów. To wielki kilku pomieszczeniowy bar, na scianach i sufitach wisi kilkanascie telewizorow. Na każdym praktycznie można oglądac co innego. Jest koszykówka NBA, hokej NHL, wyscigi samochodowe NASCAR, rugby, beasbool, itp.
Sa biali, czarni, kolorowi i my.

Kolejną rzeczą, która (dość mocno) przyciaga uwagę, to dziewczyny z obsługi.
Wszystkie w jednakowych strojach, kraciastych krótkich spodniczkach i w bluzkach dosć mocno prezentujacych ich wydatne piersi.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale można wywnioskować, że dobór dziweczyn do obsługi oceniany jest jedynie przez pryzmat wielkosci ...
100 % Ameryka!

Nagle, wszystko stopniowo się wycisza, na wszystkich TV ten sam obraz. Tak, już wiadomo, jest jasne, ża za chwilę rozpocznie się transmisja meczu koszykówki.
Miejscowa drużyna "Indi" na wyjeździe gra z Miami Heats w rozgrywkach NBA. West kontra East.

Można powiedzieć, że trafiliśmy w dyche!
Zamawiamy piwo i razem z miejscowymi kibicujemy ich drużynie.
Lubie koszykowke, tą Amerykańską szczegolnie, to najlepsza koszykówka na świecie. Byłem na kilku meczach, oglądałem na żywo, akcje, rzuty i wsady, ktore oni wykonuja. To niesamowite!

Świetny mecz, fajna atmosfera w barze, która niestety w końcówce troche przygasa, bowiem Miami Heats ostatecznie wygrywają to spotkanie.
Lokalni kibice trochę zmartwieni, a dla mnie to był udany wieczór.

Ulice tylko przez chwile wypełniły sie ludźmi, którzy wyszli z lokali.
Za chwilę znowu zrobiło się pusto, tak jak w dzisiejszych godzinach szczytu. 
Wracamy kilka przecznic do naszego hotelu praktycznie sami, przez śpiące, ciche miasto.

Tydzień po ... 29.05.2013

Wchodze do biura przy Linden Avn 801, Ewelina, która miałem okazje już wcześniej poznać mówi:
- jest, ładny,
- kontener jest z tylu, możemy zaraz przystapić do rozładunku.

Idę podekscytowany, podenerwowany, tydzień na niego czekałem.

Faktycznie jest!, stoi w kontenerze, jeszcze przypiety pasami tak jak to zrobiliśmy z Michałem w ZG. Cały, to najważniejsze!
Jestem szczęśliwy, jak ja sie cieszę, mój JWR na kolejnym kontynencie.

Odpinam pasy mocujce, przekręcam kluczyk w stacyjce i  ..... bez problemu odpalam. Przy pomocy auto lawety opusczamy go na ziemię.

Jeep podoba sie wszystkim, stoi ma amerykańskiej ziemi, tu gdzie dwa lata temu powstał. Wrócił na chwile do "domu", by zabrać mnie w kolejna podróż.

Formalności związane z odprawa mam za sobą.
Pojawia sie natomiast problem ubezpieczenia, bez którego boję się jechać.
Wszelkie próby załatwienia tego w Europie skończyły się fiaskiem, myślałem, że na miejscu u lokalnego brokera załatwimy to bez problemu. Teraz w każdej firmie do której dzwonimy lub wysyłamy @ z pytaniem, za każdym razem słyszymy odpowiedz, nie. To niemozliwe, na Polskich tablicach, nie, im sorry!

Poszukiwania firmy w USA, Kanadzie, Niemczech, która ubezpieczy mi auto w podstawowym, obowiązkowym zakresie, przeciąga sie w godziny, a rozwiązania nie ma. Dzień się konczy, nie pojedziemy dziś dalej.

Ale jak to w życiu często bywa, nastepują niespodziewane zwroty akcji.

Dlatego, dziekuje Zdziskowi Lesniewskiemu, za wszelka pomoc w odprawie samochodu, za poswięcony czas, gościnę i ubezpieczenie!
Tak, za ubezpieczenie, którego Zdzisiek jest fundatorem!
Abym mogł realizować swoje marzenia i plany, firma Lesniewski & Continental Shipping Group ufundowała mi ubezpieczenie!
To było jedyne możliwe rozwiązanie, abym mógł rozpoczac podróż po USA i Kanadzie.
Zdzisiek, jeszcze raz dziekuje!

Ten dzień miał jeszcze jeden miły akcent.
Zostajemy zaproszeni do domu państwa Leśniewskich, a tam kończymy w .... jacuzzi i zostajemy na noc.

Serbowie i Stelmet, 23.05.2013 NY

Spałem ponad jedenaście godzin, lot i wcześniejsze wydarzenia trochę mnie zmęczyły.

Dzwonię do Leśniewski Shiping z pytaniem o JWR.
Kontener jest, dopłynał, ale został skierowany na skaner, to znaczy na prześwietlenie zawartości, to prawdopodobnie dość częste ostatnio praktyki na terenie USA.

Z otrzymanych informacji wynika, że dzisiejszy odbiór jest niemożliwy.
Złych informacji nie koniec, jutro prawdopodobnie, też nie uda się wyciągnąć auta z portu, bo w poniedziałek jest w USA Memorial Day, a to znaczy, że zaczyna się długi wekeend i wszyscy to mają gdzieś.

Aby zagospodarować dzisiejszy dzień ruszamy na zwiedzanie NY.

Stojac w długiej kolejce i przechodząc przez bramki bezpieczeństwa takie jak na lotnisku wchodzimy do strefy Ground Zero, miejsca pamięci, dziurach po dwóch wieżach WTC.

Przelotne, aczkolwiek bardzo intensywne opady w NY, wpychają nas do narożnego baru.
Wygląda dobrze, duży wybór alkoholi i ciekawa karta dań zachecaja do pozostania.
Zamawiamy obiad, a ja przez duże restauracyjne okna obserwuje przemykajacych ludzi i ... padający deszcz.

Okna dają swietna proporcję fragmnentu ulicy, a zmieniajace sie ciekawe obrazy za oknem zachecaja do obserwacji. Wszystko za oknem jest nieme, bezszelestne i ciche.
Jeśli wyobrażałem sobie NY, to właśnie tak!

Nasze rozmowy i nasz akcent, przyciagają uwagę kelnera.
Od tego momentu nastepuje zwrot akacji, obsługa staje się milsza, jeszcze lepsza, właściciel Serb serwuje darmowe drinki i colę.
Poznajemy wszystkich w tym barze, właściciela i obsługę, bo oni znaja wszystkie nazwiska swoich koszykarzy którzy grają w Stelmecie Zielona Góra!
Zaprzyjaźnieni, wychodzimy w dobrych humorach...

AB 7248 do NY, 22.05.2013

Świta, gdy otwieram drzwi od domu, niebo jaśnieje, jest przyjemne rześkie, przesączone wilgocią powietrze i 4.35 rano. Za kilka godzin mam lot do NY, a pozwoliłem sobie na wesoły powrót o takiej porze. To było fajne popołudnie i jeszcze lepszy wieczór. Wieczór ze znajomymi, wieczór pożegnań i życzeń. Telefony i @ od znajomych, ostatnie sprawy w biurze, nowe znajomości. O 9 rano zaplanowany jest wyjazd do Berlina na lotnisko, a ja nawet nie jestem spakowany, to nic, jeszcze jest czas, zmęczony usypiam... Dwie godziny póżniej zrywam się i w ponaddżwiękowym locie po domu próbuję to wszystko ogarnać. O dziwiątej rano przyjeżdża po mnie Michał, który wcześniej odebrał Artura, jedziemy do Berlina. O 13 mamy zaplanowany lot do NY, zaczyna się kolejny etap mojej podróży!



Sponsorzy

  • Torzecki
  • ostSped.pl
  • Intra
  • Intra

Patron medialny

  • AutoŚwiat 4x4
  • AutoŚwiat 4x4
  • AutoŚwiat 4x4
  • Angora