SGGO.pl

Start
21 477 km
Władywostock
Ułan-Ude 4284 km
Ułan-Bator 5303 km
Nowosybirsk km
Berlin km
...
21 477 km przejechane kilometry

Relacja z wyprawy

AZJA - Magadan - Zielona Góra

21477 km Dzień 17.09.2012, poniedzałek

To koniec!

Poniedziałek 17 września 2012 r., po przejechaniu 21 477 km, dotarłem do domu.

Wcale nie chciałem, odwlekałem ten powrót tak długo jak tylko mogłem…., zwolniłem, jadę 60 km/h, rozkoszuję się widokami i słońcem.

Wyruszyłem w czerwcu z Władywostoku, ten pierwszy dzień podróży, zaraz po odbiorze samochodu z portu napawał mnie radością, choć strach delikatnie uciskał żołądek.
Głowa pełna myśli i wątpliwości, pojawiają się pytania: jak daleko do domu, jak to będzie, czy wszystko ułoży się zgodnie z planem, czy dam radę ….?

Wróciłem we wrześniu: szczęśliwy, zauroczony, zadowolony i smutny!
Och, gdybym tylko mógł jechać dalej….! Na koniec świata… i jeszcze dalej!
Nie mogę przecież tego tak zatrzymać….

Ta podróż jak wielki oceaniczny wir, z każdym dniem wciągała mnie coraz bardziej i coraz głębiej ….
Piasek pustyni, żar stepów, piękne wysokie góry, ludzie i "moja" droga zamieszały mi w głowie...
Ktoś ze znajomych dzwoni i pyta, kiedy wracasz - nigdy dopowiadam!
Przezimuję gdzieś po drodze, jadę dalej, chcę dalej kontynuować tą podróż. 
Kończymy rozmowę, rozłącza się zdziwiony, nie rozumie mnie!

Dzisiaj, przed domem, nawet gdybym tylko przepakował rzeczy, to dalej już nie pojadę!
To trudne i niewykonalne, dzisiaj jeszcze nie, ... jutro?

Przejechałem całą Azję, kierunek wyznaczał kompas - magiczne 275, mapa, czasem rozjeżdżony szlak.

W tej wspaniałej podroży, gdzie nic tak na dobre jeszcze się nie zaczęło, wszystko chyba za szybko się skończyło!

Przygotowania pożerały dni i tygodnie. Formalności, wizy, pozwolenia i tłumaczenia.
Układanie trasy i godziny spędzone w warsztacie na przygotowaniu JWR, i lęk ….

A teraz lecę samolotem na wschód, bo samochód w końcu dopłynął i czeka w porcie.
I jadę…., od kilku dni sam gdzieś w środkowej Syberii,  i ….
nagle któregoś dnia uświadamiam sobie, że ta wyprawa już trwa i że te wszystkie długie przygotowania
i lek przed nieznanym, zmieniły się w najwspanialszą podróż mojego życia.

AZJA przyjęła mnie jak gościa, otuliła swoim ramieniem, i choć granice i służby mundurowe mocno dały mi  się we znaki, to tęsknię!

Azja ... moja!

km Dzień 56

Który to już dzień podróży?

Spaceruję po Odessie, w klapeczkach, jest przyjemnie ciepło jak na połowę września, termometry pokazują +29 st. C.
Siedzę w jednej z wielu kawiarni na deptaku, obserwuję przechodniów, popijam kawę i zajadam świeżo pieczone, pyszne lokalne ciasteczka.
Jest już po godzinie 14, nie śpieszy mi się, do Kiszyniowa w Mołdawii mam niecałe 180 km, powinienem łącznie z granicą zrobić tę trasę w 3,5 h.
Przeciągam te cudowne chwile, jeszcze trochę, jeszcze chwilę.
Póżnym popołudniem opuszczam Ukrainę, kieruję się do przejścia granicznego Ukraina -Mołdawia.

Rozkojarzony tym pięknym, ciepłym, jesiennym dniem, w którymś momencie mylę drogę.
Zgubiłem się totalnie, nawigacja chyba też, pokazuje strasznie dziwną trasę, spotkani kierowcy zupełnie inny kierunek, na dodatek mapy tych terenów też nie mam.

Kluczę po przygranicznych wioskach trochę poirytowany, przepiękne widoki i kadry z życia mieszkańców zmniejszają stres.
Obserwuję, jak ludzie przed domami na ławeczkach, spokojnie czekają zachodu dnia, jak dwie starsze panie wspólnie malują swój kolorowy przydomowy płot,
widać, że pan z teczką, który przyjechał autobusem, wraca z pracy, a młody chłopak "porwał" dziewczynę i bez kasków na motorze pędzą nad rzekę.
Te sceny, różnią się od dotychczas mi znanych, widać, że życie trochę inaczej niż u nas się tu toczy...

Po kilku godzinach, docieram na granicę, po stronie ukraińskiej odprawa w 5 min, bez wysiadania z samochodu.
Po stronie mołdawskiej, na granicy znowu zamieszanie!
Kolejne okienka i formalności, biegam chyba z 2 godziny.
- tranzyt, melduje starszy zmiany, wopista
- a dlaczego tranzyt? ja turist.
- tranzyt 10 godzin!
- ale ja nocuję w Kiszyniowie, nie jadę tranzytem
- 80 km dalej jest posterunek graniczny, 10 h na przejechanie Ci wystarczy!
- jaki posterunek?
- jesteś w naddniestrzańskiej republice.
- nie w Mołdawii?
- jeszcze nie
- q...

Potem znowu opłaty, deklaracje, wremiennyj wwoz, bez pieczątek w paszporcie, każą jechać dalej.

Gorąco, 30 st., brak jakichkolwiek oznaczeń na trasie, ciężko jest jechać, korzystam z GPS (którego b. nie lubię), i który też różnie pokazuje drogę.
Pokonawszy wzniesienie, na dole widzę most, budki i szlabany. No w końcu!
Dojeżdżam, wopista nie otwiera bramy, wszyscy dość mocno uzbrojeni, BWP (bojowy wóz piechoty) stoi obok.
Nie wysiadając z JWR, otwieram okno i pytam żołnierza czemu nie otwiera.
- zgaś samochód, wysiądź i podejdź, mówi tonem nie budzącym sprzeciwu
Posłusznie wykonuję polecenie
- most zamknięty, musisz objechać, o tam
- to jeszcze nie granica?
- nie!
- to dlaczego ten most zamknięty?
- żeby się nie trogali (rus) zaczepiali
- kto z kim?
- Naddniestrze z Mołdawią
- patrzę na jego mundur i flagę państwa, którą ma na rękawie, dopiero teraz uświadamiam sobie, że cały czas rozmawiamy po rosyjsku, włos mi się jeży na głowie, q.. to przecież Ruscy!
- co wy tu robicie pytam?
- pilnujemy porzadku, jedź tak jak Ci pokazałem!

Zawracam, za znakiem w prawo, potem na krzyżówce znowu w prawo, i most, a tam jak w filmie, cały most obstawiony, czołgi, BWP, okopy, żołnierze.....
Jestem zmęczony, nie ogarniam tego....
Po iluś tam kilometrach, kolejna kontrola, opłata w baraku.
Dziesięć, piętnaście metrów dalej, wojskowy oficer już grzebie mi w samochodzie, wyciąga pierwsze trzy butelki koniaku, potem czwartą, piątą, zagląda pod siedzenia jakby wiedział, że tam są, robi mi sie gorąco. Znalazł 5, czy dokopie się do jeszcze siedmiu?
Wykupuję koniaki za polska wódę, która w takich sytuacjach właśnie bardzo się przydaje.
Za nim jeszcze 2 posterunki kontrolne.
Czy moje nerwy to wytrzymają, to nie dzieje się naprawdę!

Osiem godzin, 180 km, po 22 jestem w stolicy Mołdawii, Kiszyniowie.

km Dzień 52

Ukraina - Stepy Krymu

Dzisiaj już na dobre, (chyba) opuszczam teren Federacji Rosyjskiej, żegnam się z Matuszką Rassiją!

Przejechałem po tym największym państwie świata tysiące kilometrów, lubię ten kraj, lubię tych ludzi, spodobała mi się nie tylko Syberia. Kiedyś jeszcze tu wrócę w takie miejsca się wraca.

Ostatnie 5 km i za chwilę dojadę do przystani promowej, skąd dostanę się na Krym.

Kiedyś już tu byłem, krzyżówka, nie działająca sygnalizacja świetlna, przesunięta linia stopu, a po drugiej stronie skrzyżowania czający się policjant. Obserwuje mnie, jestem jedynym pojazdem w tej chwili, wszystko wykonuję prawidłowo, przejeżdżam krzyżówkę, zatrzymuje mnie. Jestem uśmiechnięty, bo wiem, że nic mi nie zrobi, jestem dobrze przećwiczony, mam wszystkie potrzebne świstki, karteczki, papierki i dokumenty.

Mój szczery uśmiech drażni go, szuka, chciałby zarobić parę dolarów, kolejny dokument, kolejny.

To pierwszy raz, w tej podróży gdy wiem, że wygram, że nic mi nie zrobi, znam wszystkie jego sztuczki! Tak, odnoszę pierwsze historyczne zwycięstwo, smakuje dobrze!

Przeprawiam się promem Ilicz- Kercz, wjeżdżam do Europy.

km Dzień 49

Biesłan

Docieram do miejscowości Biesłan, miasta które od lat ma "złą aurę".
Kiedy 1 września 2004 roku, siedząc w domu, czytałem i oglądałem relacje dziennikarzy z miejsca wydarzeń, nie mogłem tego zrozumieć. Umysł blokował informacje, nie analizował zdjęć, nie rozumiałem tego! Co tam się dzieje, pytałem sam siebie, nie znajdując odpowiedzi?! Po kilku dniach, kiedy wszystko już pokazano i znany był rozmiar tragedii, w głowie rodzi się potrzeba i pragnienie. Muszę tam pojechać! Tak, kiedyś to zrobię, to już pewne!
Dzisiaj, osiem lat później, wjeżdżam na teren zamkniętej, zniszczonej szkoły, gdzie rozegrała się tragedia nauczycieli, uczniów i matek Biesłanu. Nad salą gimnastyczną powstaje kopuła - pomnik, ku czci wszystkich tych którzy zginęli - 339 osób, w tym 156 dzieci, 700 rannych –głównie  dzieci.                                                                                            
Rozmawiam, ze stróżem - jedyną osoba, która na stałe przebywa na tym terenie - namawiam go aby wpuścił mnie do środka szkoły, w której nie zabrzmi lekcyjny dzwonek i nigdy nie pojawią się uczniowie. Ulega, nie bierze pieniędzy, nie chce, wiem, że jest wierzący, chyba boi się, tak, tu nie bierze się pieniędzy, to miejsce jest straszne, czuć "złą aurę". Przynosi klucze, otwiera kłódkę, odgina skobel i z przeraźliwym zgrzytem otwiera drewniane drzwi. Wchodzimy do budynków szkoły, idziemy zdemolowanymi korytarzami, wszystkie ściany pełne śladów kul, puste pomieszczenia klas, w kilku miejscach pamiątkowe tablice.
- tu terroryści w czasie wakacyjnego remontu szkoły zgromadzili i przechowywali broń, opowiada
- tu w tej sali wykładowej rozstrzelali kilkunastu zakładników,
- tu przez te okna wyrzucali ciała zabitych,
- tu zginął major OMONu,
- tu…
- nie robię już zdjęć!
Szkoła została zamknięta zaraz po zakończeniu ataku, dosłownie 5 dni po pierwszym wrześniowym dzwonku, zwiastującym rozpoczęcie kolejnego (ostatniego) roku szkolnego. Zostały tylko zniszczone wybuchami, nadpalone budynki, bez jednej całej szyby, przeraża liczba śladów po kulach, w srodku cienie i krew na ścianach.
Lubię Rosję, ludzi którzy tu mieszkają, ale często nie rozumiem wydarzeń i tragedii jakie mają miejsce w tym kraju. Zrealizowałem to co postanowiłem wiele lat temu. Przyjechałem, pochyliłem się, oddałem hołd.  Z nadzieją, że kiedyś to się zmieni, jadę dalej...

km Dzień 45

Fenomen - internet wszędzie!

Fenomen w mieście! Całe miasto ma punkty dostępie. Internet jest wszedzie - to przyklady na każdym skrzyżowaniu.

km Dzień 39

Jedziemy przez Dagestan

Wszędzie uzbrojone posterunki. Negocjacje z policją zaczynają sie od 1000 USD, kończą na 2000 rubli

km Dzień 38

Granica Uzbekistan-Kazachstan

Noc..., taka ciemna, czarna, bez gwiazd. Jedziemy przez pustynne rejony Uzbekistanu w kierunku granicy z Kazachstanem.
Ten odcinek to 400 kilometrów prostej, dość dobrej jakościowo drogi, a dookoła pustynia. Nie ma nic, dosłownie nic.

Mocno skupiony, wpatrzony w czarną otchłań Zdzisiek, prowadzi jak w transie, nie chce zmiany. Mimo, że siedzę obok, zasnąć nie mogę.
Kończy się nam paliwo, w baku prawie nic, w napięciu czekamy na zapalenie się żółtej ostrzegawczej kontrolki rezerwy. W całym Uzbekistanie na stacjach nie ma ropy!
Do granicy jeszcze 200 km, a my jedziemy na oparach.
Próbujemy w nocy kupić paliwo od kierowców TIR, nie mają lub nie chcą sprzedać - jak to w nocy.
Po drodze, w środku niczego, mały bar. Prowadzący mówi że ma 20 litrów w autobusie i może sprzedać. Ten bar, okolica i właściciel trochę nie budzą zaufania, ale czy mamy inne wyjście?
Boję się, nie mam zapasowego filtra paliwa, a to ostatnie 200 km do granicy z Kazachstanem, gdzie ropa jest na każdej stacji.
Jeśli w paliwie będzie woda, pewne jest, że noc spędzimy na pustyni.
Ryzykujemy, nie mamy w tej chwili innego wyjścia, spuszczamy z pojazdu, który nazywają autobusem 20 litrów. Przelewając nocą paliwo do Jeepa, modlę się aby JWR to gładko przepalił.
Jedziemy ... to już 10 kilometr, wiem, że będzie dobrze. Uff!

22.20 do granicy ok. 30 km.

Siedzimy ze Zdziskiem obok siebie, w takich szkolnych zniszczonych ławkach, w budynku przejścia granicznego. Nad nami stoi wyższy rangą, młody oficer i odgrywa niezłe przedstawienie.
Jest ok pierwszej w nocy, a my pod dyktando, tak ze słuchu, każdy najlepiej jak umie, piszemy oświadczenia - polskie litery, rosyjskie znaczenie słów, obłęd, przecież tego nikt nie przeczyta - nie jest w stanie.
Piszemy, bo nie mamy innego wyjścia, oficer mówi, że to konieczne aby oddali nam zabrane paszporty.
Oświadczenia informują, że będąc w Uzbekistanie, nieświadomie, po 3 dniach pobytu nie zameldowaliśmy się na najbliższym posterunku Policji.
Oficer upomina nas jak uczniów, pokazuje plik podobnych oświadczeń turystów z całej Europy. Przeglądam kilka, z wczorajszą datą znajduję oświadczenie francuskiej turystki.


Na tej granicy, to mocna broń! 


Już wiemy, że będzie kosztowało i bolało, ile i jak mocno, tego jeszcze nie! Przedstawienie przecież dopiero się zaczęło, mamy pierwszy akt spektaklu, z nami chyba w roli głównej.
W akcie drugim, próbujemy negocjować, ale strasznie poważna mina i częste telefony do komendanta w środku nocy, jakoś nie przekonują nas ze wyjdziemy z tego obronna ręką.
W trzecim akcie płacimy, przecież w tej sztuce, zakończenie zawsze jest takie same!
Dramaturgia spektaklu utwardziła mnie w przekonaniu, że będzie źle. Ostatecznie wysokość grzywny "można" zaakceptować.

Te pieniądze nie trafią do budżetu! 

Przygód ciąg dalszy…,
Przy sprawdzaniu samochodu, kolejny mądry wyższy stopniem wojak bierze krzesło, siada obok JWR i na naszych oczach ćwiczy żołnierzy!
Stoję jak zahipnotyzowany, normalnie nie wierze, mamy pokaz wojskowej musztry o trzeciej nad ranem. Granica Uzbecka!
Kolejna scena…., żołnierze służby zasadniczej podchodzą do klamek JWRa, oficer krzyczy, ci odskakują jak poparzeni, padają na ziemię i robią…. pompki!
Dopiero później zaczyna się "trzepanie".
Boże, jak to dobrze, że u nas nie ma już granic.
Tego durnia, który zafundował nam to przedstawienie, po jakimś czasie rozbolała głowa, prosi nas o 2 tabletki przeciwbólowe.
Sam tez powinienem wziąć - przed każdą granicą w tym rejonie!

To najgorsza, granica w tej podróży. Spędziliśmy na niej prawie 7 godzin, wjechaliśmy o 23.00, upuszczamy ją ok 6 rano, na dworze jasno.
Spędziliśmy, tam "tylko" siedem godzin a zanosiło się na wielogodzinne koczowanie przed bramą.
Ludzie na zdjęciach, czekają na przejście już 2 dzień, czekają, bo pogranicznicy i granica, to zamknięte, ogrodzone drutem kolczastym, małe autonomiczne państwo! 

Wyobraziłem sobie turystów, tych z oświadczeń, które przeglądałem jakieś 4 godziny temu, tych którzy nie znają języka rosyjskiego, nie żyli tak jak my w ustroju komunistycznym i nie rozumieją korupcyjnych obyczajów tu panujących - muszą być przerażeni.
Tak, oni na pewno byli przerażeni, ja wiele razy byłem "tylko" bezsilny.

Parę kilometrów dalej stajemy na poboczu. Śpimy kilka godzin w samochodzie, wykończeni wczorajszym dniem i całonocnym przedstawieniem na granicy, w którym byliśmy zmuszeni odegrać swoje role.

Wjeżdżamy do Kazachstanu...

8472 km Dzień 25

Nowosybirsk - Kazachstan

Wstajemy o 7.30.


Śniadanko składa się z kawy, naleśnika oraz wydłubanego sera z dokupionej drożdzówki. Wytarcza, emocje są większe niż chęć zjedzenia porządnego śniadania.

Na dole przed centrum biznesowym Euroazja pamiątkowe zdjęcia - ponownie ruszamy. Jaki będzie kolejny etap tej wyprawy, czy równie emocjonujacy i ciekawy jak poprzedni?

Na tym odcinku jedzie ze mną kolejny uczestnik. Jak będzie wyglądała komunikacja i współpraca pomiędzy nami?

W mieście próbujemy jeszcze znaleźć serwis Jeepa, aby wymienić olej. Próbujemy w Mercedesie zasięgnąć informacji. Sprzedawca drukuje nam prostą mapkę w zał. i mówi, że 30 km dalej, w centrum 2-milionowego miasta jest dealer i serwis Jeepa.
Wg kartki z drukarki próbujemy dotrzeć pod wskazany adres. Zdzisiek prowadzi bezbłędnie!
Okazuje się jednak, że w Nowosybirsku nie ma dealera tej marki, olej postanawiamy wymienić po drodze.

Pokonujemy 500 km do granicy z Kazachstanem. Przed szlabanem 3 tiry i 5 osobówek. Odprawa idzie dość sprawnie, cały przejazd zajmuje tylko 2h, odnoszę wrażenie, że wszystko odbywa się w "procedurze uproszczonej".

Jesteśmy w Kazachstanie, to kolejne państwo na mojej liście odwiedzonych
krajów. Ok. północy docieramy do miejscowości Semey, nocujemy w hotelu.

8471 km Dzień 23

Piotr

Wylatujemy z Nowosybirska, każdy w swoją stronę, każdy do swojego domu.
Jechaliśmy razem, dwóch facetów, dwa tygodnie, bezkres przestrzeni, droga, a raczej częsty jej brak ...
Jechaliśmy po asfalcie, na kompas, po pustyni i wodzie. Błądziliśmy i na nowo wytyczaliśmy szlak, by znowu jechać dalej , bo droga była wyzwaniem, przygodą, i celem....

Dziękuję Piotrowi za to, że zdecydował się wziąć udział w wyprawie, za odwagę, determinację i zdolność adaptacji, a także za wszystkie kompromisy, które wspólnie wypracowywaliśmy, mimo naszych przyzwyczajeń!
J23 do zobaczenia!

JWRa dzięki uprzejmości Rosjan zostawiam w Nowosybirsku na podziemnym parkingu w centrum biznesowym Eurazja.

Ten pierwszy etap, to cudowna podróż.
Lecę do domu, bo muszę pozałatwiać kilka spraw, kilka wiz i "zaraz" wracam by jechać dalej.
Przecież "moja" podróż musi trwać, droga i przygoda czekają!

7411 km Dzień 21

Opuszczamy Mongolię

Wstaliśmy o 5 rano, jeszcze szaro i chłodno, składamy namioty, rzeczy pakujemy do JWR.
Piotr szczękając zębami myje się w jeziorze.

Opuszczamy to piękne miejsce i jedziemy w kierunku przejścia granicznego.
To ostatnie szutrowe odcinki w Mongolii.
Na granicy kolejka 8 aut, jeszcze 2 h do otwarcia, czekamy... jeszcze 3 godziny nim pojawiają się wopiści. Punktualności tu nie ma, upływające godziny nie mają znaczenia!

Dosypiamy w samochodzie.
O 10 otwierają szlaban i zaraz pojawia się pierwszy sęp.
Kwitek macie? Szczerzy złote zęby, nie? To po 100 rubli! Pokwitowania i kwitka oczywiście nie dostaliśmy!
Czekamy .... , do 12 przerobili 4 auta.

Pada deszcz o 12.43 odprawieni, opuszczamy przejście Mongolskie i po 30 kilometrowym pasie ziemi niczyjej wjażdżamy, "próbujemy" na przejście graniczne Rosji.
Po drodze szlaban i obowiązkowe mycie kół za 45 rubli.
Kolejny szlaban o 13.30, wpuszczają nas na teren i od razu kierują do lekarza, który w swoją książkę wpisuje nr rej samochodu. Absurdów nie ma końca!
Stoimy w kolejce do odprawy paszportowej, a Mongołowie latają z dywanami do barakowozu na prześwietlenie.
To jakieś jaja, ale to nie koniec.
O 14, pani zmyka nam okienko przed nosem i stoimy w zamkniętej strefie, bo cała granica je obiad. Szymek ma dość, jemy tuńczyka z puszki - bo jak obiad to obiad.
O 15.30 jest po wszystkim.
Na koniec jeszcze pogranicznik pyta dlaczego tak dużo Polaków podróżuje? Bo on w takim razie nie może zrozumieć kto wtedy w Polsce chleb piecze?
Powiedziałem mu, że jest nas 40 milionów i że ma kto chleb piec, bo są tacy co pieką i tacy co się w podróż dookoła świata mogą wybrać.

Jedziemy przez góry Ałtaj.

7377 km Dzień 20

II dzień biwaku

Jedziemy do miasta Olgi Ugli.
Wymieniamy pieniądze, robimy drobne zakupy, tankowanie.

Zwabieni pięknym zapachem wchodzimy do piekarni, dostajemy bochenek świeżego, ciepłego chleba za darmo - jesteśmy miło zaskoczeni.

Na jednej z uliczek trafiamy na turecką restauracyjkę.
Jest przyjemnie czysto, ładnie pachną podawane potrawy - to nie jest obowiązujący standard w Mongolii.
Siedzimy tam 5 godzin, jemy 2 obiady.
Jedzenie jest bardzo dobre, ale to sieć wi-fi tak nas przykuła do krzeseł.

Wracamy do naszego obozu położonego 40 km przed granicą.

W Mongolii zrobiliśmy ok. 2500 km.
Mongolia jest inna niż Syberia, ale równie mocno i długo będę ją wspominał.
Obraz Mongolii jaki zapamiętam dopełnił nasz obóz położony przed granicą, to piękne, nie do opisania miejsce, warte zobaczenia.
Położone wysoko w górach, na wysokości ponad 2100 mnpm, tam gdzie gwiazdy świecą tak mocno, jak chyba nigdzie indziej, gdzie cisza jest absolutna, której nie zakłóca żaden "obcy" dźwięk.
Tam wieczorem stada owiec i kóz same wracają pod jurty mongolskie, tam gdzie Mongołowie po ciemku na koniach przemykają koło naszych namiotow, tam gdzie wczorajszy zimny wiatr, wyganiał mnie do namiotu.

Jeśli jest ktoś kto jeszcze sie wahał czy wybrać sie do Mongolii to ja mówię warto!
Mongolia jest trudna do podróżowania, wymagająca, bez wygód, ale daje Ci coś w zamian i jeśli tylko chcesz to pozwala czerpać pełną garścią z tego co ma najlepsze, obcowania z surową przyrodą w ciszy!

Pokonałem ją moim Jeepem, spałem w namiocie .... było warto!

7297 km Dzień 19

Święto w Mongolii

Jest 22.40. Mimo, że słońce już dawno zaszło, jest jeszcze jasno.
Czekam na pierwsze gwiazdy mimo, że zimny wiatr od jeziora próbuje wygonić mnie do namiotu.
Obóz rozbiliśmy na wysokości 2107 mnpm, niedaleko granicy Mongolsko-Rosyjskiej w miejscowości Tashanta.
Mamy tu dwudniowy przymusowy biwak, bo w Mongolii jest trzydniowe święto narodowe i wszystkie granice z Rosją są zamknięte! Zamknięte!

Siedzę nad brzegiem jeziora, rozkoszuję się widokami i ciszą, po północy wchodzę do namiotu, usypiam....
Budzę sie w nocy i zapinam śpiwór, jest bardzo zimno, para unosi się w namiocie, a ciepło ucieka ze śpiwora.
Uroki podróży, uroki Mongolii, jest pięknie!

Dzisiaj pokonaliśmy 200 km i trzy rzeki. Są rozległe i rwące, w górach padał deszcz. Aby je pokonać Potr czasami po pas w wodzie przechodzi je w bród i wytycza szlak.

W jednej z nich prąd "zdejmuje" mu klapki, teraz musi rzeki pokonywać na boso.

JEEPem rzeki pokonuję z prądem, inna metoda grozi wywrotką

Cały czas jedziemy na kompas, drogi są szutrowe, piaskowe lub kamieniste.

Te ostatnie 200 km do granicy, strasznie się dłużą, założyliśmy, że dzisiaj wjedziemy do Rosji.
106 km przed granicą "łapiemy kapcia", to pierwsza guma od początku podróży. Cała operacaja naprawy koła, plus tankowanie, plus zakupy zajmuje ponad 3 godziny. 

Ok godziny 17 wyjeżdżamy w kierunku granicy, pokonujemy szlakiem przełęcz na wysokości 2637 mnpm i o 19 docieramy na granicę.

Przejście graniczne położone jest na wysokości 2100 mnpm, hula zimny wiatr, szlabany są opuszczone. Widać, że granica nie pracuje, czekamy....?

Wysiadamy z auta, chodzimy po pustej granicy, zaglądamy w okienka. 
Ze schroniska obok drogi wychodzi pogranicznik, po rosyjsku mówi "Jest prazdnik, wszystkie granice są zamknięte.... wszystkie, przez trzy dni zamknięte!

Nie wierzymy, cieżko to zrozumieć, że  w całym państwie, wszystkie granice lądowe z powodu świeta są zamknięte.

Piotr, podenerwowany dzwoni z informacja do żony, ja natomiast wiem już gdzie będzie nasz ostatni biwak w Mongolii. 

6966 km Dzień 18

Jak na rajdzie...

Na śniadanie chleb, margaryna i dżem.
Niewielki jest wybór produktów w mongolskich sklepach, słabo też urozmaicona jest nasza dieta.
Od kilku dni na śniadanie, obiad i kolację przygotowujemy kanapki. Przeważa chleb z polskim pasztetem, dżem, cebula i woda.
W wielu mongolskich sklepach są polskie produkty, widzieliśmy czekolady Wawel, Jutrzenkę, ogórki, pasztety, groszki i wiele innych.
Nie ma natomiast masła, serów, owoców, wędlin.

O 9 rano zapięci w pasy ruszamy.
Przed nami cały dzień jazdy na kompas, do tego setki przecinających i krzyżujących się szlaków, bezdroże….

Ranek jest słaby, gubimy gdzieś kierunek i drogę, zbaczamy ze szlaku na wysokości ponad 2 000 m npm.
Ponad 3 godziny próbuję zorientować się w naszym położeniu, na próżno.
Pytamy Mongołów o drogę, dostajemy mało precyzyjne wskazówki, próbuję na nowo.
Odbiliśmy na północ, za mocno o jakieś 10 km.
Odnajdujemy drogę, późnym popołudniem docieramy do Sasangino - plan na dzisiaj zrealizowany - pokonaliśmy 275 km szlakiem tylko przy użyciu kompasu.

Robimy zakupy, postanawiamy jechać dalej, jednak aby móc jechać dalej musimy zatankować.
Okazuje się, że buda z dystrybutorem jest już zamknięta, mam za mało paliwa, nie mogę ryzykować przejazdu do kolejnej osady, jest oddalona tylko o 131 km.
W przypadku zgubienia szlaku lub błędu nawigacyjnego możemy mieć poważny problem.
Angażujemy całą wieś w poszukiwania pracownika/właściciela "stacji".
Po kilku odwiedzonych domach odnajdujemy i zabieramy go ze sobą, tankujemy.  

Druga cześć dnia to nawigacyjny perfekt, bezbłędnie, cały czas właściwy kierunek na kompasie.
Pędzę po stepie i pustynnych odcinkach po 120 km/h, to jak rajd, jeden z wielu na których jeździłem.
To kolejny udany trening.

Spotykamy parę Francuzów na rowerach, to już chyba 3 ekipa rowarzystów mijanych po drodze.
Kąpiemy się w jeziorze wchodzącym w skład parku narodowego, woda jest miękka i ciepła.

Pokonujemy rzekę, woda sięga do połowy drzwi, jest głęboko, stojący na przeciwległym brzegu Mongołowie zachęcają do przejazdu - nie wierzę im!
Czasami zachowują się irracjonalnie, a to pokazując zły kierunek drogi, a to próbując kogoś okraść, lub też doprowadzić do zatopienia pojazdu.
Po drugiej stronie stoją dwa samochody, maski są podniesione, nie mogą uruchomić silników, na pewno zalali je wodą podczas pokonywania przeszkody.
Wybieram moim zdaniem najlepszy "korytarz", włączam 4x4 i dzięki temu, że mam w JWR zamontowany snorkel, udaje mi się pokonać rzekę bez problemu.

Kończymy późno w nocy, gdzieś przy szlaku rozbijamy namioty, pada deszcz, dwie burze z wyładowaniami obok.
Nie lubię tak spać, nie mam wyjścia, wysokość 1737 m npm.

6453 km Dzień 17

Galeria

Pastwiska, stada owiec, kóz, wolno pasących się koni i .... góry, nic więcej!
Może jeszcze kilka osad i jurt po drodze, ciekawe, może to wcale nie tak mało - Mongolia.

Sklep pod nami zamknięty, nie jemy śniadania, ruszamy, kolejny dzień przed nami.

Pareset metrów dalej po lewej stronie drogi widzimy rozpoczynający się wyścig.
Jeźdźcy pędzą na koniach po równinie wzdłuż drogi. Jedziemy równo z nimi, w kolumnie samochodów i motocykli.
To już chyba 10 km, a oni pędzą dalej, wyścig się rozciąga, kto wygra, ile wytrzymują te konie?
Zatrzymujemy się na mecie, podekscytowani Mongołowie krzyczą i nawołują, zawodnicy to dzieci, konie dosłownie padają....

Jedziemy dalej, do Karakorum, po drodze jurty, przy nich anteny satelitarne i panele słoneczne.
Widzę jak Mongołowie kąpią dzieci - jedno zanurzenie w plastikowej beczce i kolejne dziecko.

Są Jaki przy drodze - na moją podróż dokoła świata kupiłem buty ze skóry Jaka, jest wytrzymała i ciepła, te zwierzęta żyją na wysokościach powyżej 1000 - 1500 mnpm.

Czy myślę o domu? Tylko czasami, przeganiam te myśli jak złe duchy!
Myślenie o domu w długiej podróży, może powodować niepokój, poganiać cię, powoduje, że nie myślisz o tym co tu i teraz, przegapiasz szczegóły!

Zwiedzamy Karakorum, siedzibę Chingis Hana - stolicę największego ówczesnego imperium.

Jest ciemno, rozbijamy obóz gdzieś po drodze, ranek pokaże okolicę...

6196 km Dzień 16

Karakorum

Pastwiska, stada owiec, kóz, wolno pasacych się koni i .... góry, nic więcej!
Może jeszcze kilka osad i jurt po drodze, ciekawe, może to wcale nie tak mało - Mongolia.

Sklep pod nami zamkniety, nie jemy śniadania, ruszamy, kolejny dzień przed nami.

Pareset metrów dalej po lewej stronie drogi widzimy rozpoczynajacy się wyscig.
Jeźdcy pędzą na koniach po równinie wzdłóż drogi. Jedziemy równo z nim, w kolumnie samochodów i motocykli.
To juz chyba 10 km, a oni pędzą dalej, wyscig się rozciąga, kto wygra, ile wytrzymuja te konie?
Zatrzymujemy sie na mecie, podekscytowani mongołowie krzycza i nawołują, zawodnicy to dzieci, konie dosłownie padają....

Jedziemy dalej, do Karakorum, po drodze jurty, przy nich anteny satelitarne i panele słoneczne.
Widzę jak mongołowie kąpią dzieci - jedno zanurzenie w plastikowej beczce i kolejne dziecko.

Są Jaki przy drodze - na moja podróż dokoła świata kupiłem buty ze skóry Jaka, jest wytrzymała i ciepła, te zwierzęta żyją na wysokosciach powyżej 1000 - 1500 mnpm.

Czy myślę o domu? Tylko czasami, przeganiam te mysli jak złe duchy!
Myślenie o domu w długiej podróży, może powodować niepokój, poganiać cię, powoduje, że nie myslisz o tym co tu i teraz, przegapiasz szczegóły!

Zwiedzamy Karakorum, siedzibę Chingis Hana - stolicę najwiekszego ówczesnego imperium.

Jest ciemno, rozbijamy obóz gdzies po drodze, ranek pokaże okolicę...

5521 km Dzień 15

Jak na jeden dzień, to stanowczo za dużo!

Dużo, jak na jeden dzień to stanowczo za dużo!
Emocje, wydarzenia, odczucia, te pozytywne i te mniej, jak wyglądał nasz dzisiejszy dzień?

Budzą nas krzyki "wojowników" za oknem.
Świta, piąta rano, wstajemy i wychodzimy z hotelu.
Na placu w centrum Ułan Bator pełno wojska, wszyscy na galowo.
Gra orkiestra, jest przemarsz chyba wszystkich formacji wojsk.
Do tego co jakiś czas plac wypełnia jeden wielki okrzyk, to jak hasło do ataku.
Dreszcz emocji, nieopisane wrażenie!

Jedziemy do serwisu Jeepa, marudzą, nie bardzo chcą nas przyjąć, jest sobota.
Jestem podenerwowany, miałem nadzieję, że zdiagnozują usterkę, bo źle pracujące zawieszenie dość mocno ostatnio nam dokucza.
Nie odpuszczam, jeśli jest tu serwis, to tylko tu!
Zajmuje się nami P. Bayartuya - menadżer serwisu.
Wymieniamy amortyzator skrętu, jest lepiej, jest dobrze!

Siadamy w kafejce na górze, podana kawa wybornie smakuje, muszę ochłonąć, w warsztacie na dole spędziłem ponad 3 h.
Spadające ciśnienie, przemienia się w zadowolenie, to przyjemne doznanie.

Dostaję elektroniczne potwierdzenie wykonanej transakcji i kolejną dawkę pozytywnej energii.
Potwierdzenie jest na 100 L paliwa, to znaczy, że kolejna osoba zaangażowała się i wspiera moją podróż.

Osobie, która dotankowała Wranglera, podpisując się jako Gal Anonim, serdecznie dziękuję!

Po serwisie, kierujemy się na wschód, 75 km od U. Bator jest gigantyczny pomnik Chingis Hana.
Nie będę go opisywał, myślę, że zdjęcia choć trochę oddadzą jego wielkość (40 m wysokości)
Jest imponujący, może tak jak kiedyś imponujące było imperium Chingis Hana.

Wracamy parszywą drogą do U. Bator, a tam wielki korek.
W tym mieście zawsze są korki - ja czegoś takiego nie widziałem.
Wszyscy się pchają, ale tak na wariata, bezmyślnie, pod prąd, po chodnikach, ulice pogrążone są w chaosie i "kokofoni" klaksonów, które unoszą się nad skrzyżowaniami w tym przeraźliwym upale.
Głowa pęka, mam dość, nie wytrzymuję dawki wrażeń dzisiejszego dnia!
Jestem zmęczony, wychodzę z auta kupić banany, wracam po 30 min, Piotrek i JWR stoją w tym samym miejscu.

W korku jakiś facet zdezelowanym autem próbuje nas wyprzedzić. Jesteśmy więksi, JWR góruje nad pozostałymi pojazdami, długo go nie wpuszczamy.
W pewnym momencie znalazł gdzieś lukę, równa się z nami i po rosyjsku pyta " To wasza strona chłopaki, przeglądam ją w tym korku od godziny, fajna! Powodzenia!"

A ja znowu dostaję "strzał", dużo, stanowczo za dużo!
Ciekawe co jeszcze dzisiaj się wydarzy ...., tego wszystkiego nie można spamiętać!

Na kompasie kierunek 275 stopni, opuszczamy U.B., słońce świeci prosto w twarz, w powietrzu unosi się kurz, masę drobnego wirującego piasku, wieje wieczorny wiatr, jest smog i to oślepiające słońce.
To jak burza piaskowa, podobna do tych, które widziałem w Mauretanii.
Zastanawiam się jak mocno Mongolia jeszcze będzie nas "dopieszczać"
Droga uczy cierpliwości!

Nocujemy gdzieś przy sklepie za 7.5 $ na osobę.
Pojawiają się Mongołowie w swoich ludowych strojach, jedni na motorkach, ci biedniejszi (chyba) na koniach.

Piotr wyszedł na zewnątrz, siedzi na schodach, pije piwo, patrzy na piękne niebo i na pewno się zastanawia " Co ja tu ... robię", ja w tym czasie usypiam.

5303 km Dzień 14

Ułan Bator

Zwiedzamy miasto mimo ulewnego deszczu.
Na stolicę Mongolii przeznaczyliśmy tylko jeden dzień.

Próbujemy tradycyjnych dań mongolskiej kuchni, jedziemy na myjnię - to pierwsze mycie JWR od momentu wysłania go w kwietniu z Polski.

Po drodze zauważam kilka Jeepów Wranglerów jeżdżących po mieście, wyglądają na nowe!
Wniosek nasuwa się sam, musi tu być dealer Jeepa, a jak dealer to serwis.

Udajemy się na poszukiwania, pytamy w napotkanych miejskich warsztatach.
W końcu w jednym z nich, młody chłopak mówiacy słabo po rosyjsku, deklaruje, że nas tam popilotuje. To jakieś 5 kilometrów stąd.
W mega korkach, 5 km w 2 godziny, docieramy na miejsce.
Jest salon i serwis, dziś już zamknięte, postanawiamy zajechać tam jutro rano.

U. Bator w mojej ocenie jest brzydkie i to wcale nie przez ten deszcz, bo popołudniu przejaśniło się i wyszło słońce, po prostu urbanistycznie jest brzydkie.
Jutro ruszamy w głąb Mongolii, najpierw pomnik Chingis Hana, potem Kharakorum, ciekawy jestem wrażeń, po przeszło tygodniu spędzonym w pięknej Syberii.

5281 km Dzień 13

Granica

Droga A165, 230 km za Ułan Ude, granica Rosyjsko-Mongolska w miejscowości Kachta.

Docieramy tam o 15.00, w kolejce około dwudziestu aut, jest gorąco i cicho, ale to taki inny rodzaj ciszy, wyczuwa się napięcie ...., i tylko muzyka docierająca gdzieś z oddali zakłóca ten pozorny spokój. Ci co czekają w kolejce, krzątają się nerwowo.

Wpuszczają po kilka aut do zamkniętej bramą strefy, znam ten rodzaj granicy, pokonywałem podobne już kilka razy, tam rządzą kwitki, stempelki, deklaracje i służby mundurowe...

Usypiam w samochodzie na 30 stopniowym upale.
Po kilku otwarciach bramy wjeżdżamy, za nami dwa VW transportery na niemieckich numerach.
Zaczyna się!, najpierw jedni, potem drudzy, opłata, pieczątka, deklaracja, 2 pietro .....
Kolejna kontrola, a już widzę, że tam w cieniu, za rogiem budynku czai się kolejny mundurowy,  z nadzieją .....!

Po 4 godzinach przez ostatnią graniczną bramę wjeżdżamy do Mongolii.
Żegnamy się na jakiś czas z "Matuszką Rasiją"

Kilka kilometrów za granicą widzimy pierwsze jurty, przy jednej z nich stoi relikt polskiej motoryzacji - Polonez Atu.

O północy, w strugach deszczu, ciemnośći, po drodze której nie ma, docieramy do stolicy Mongolii Ułan Bator.

4784 km Dzień 12

Motory i pomniki Rosji

To kolejny dzień, który postanowiliśmy spędzić w Ułan Ude.

Jest ciepło, przyzwyczailiśmy się już do temperatur.
Pojechaliśmy nad rzekę, Piotrek znowu się kąpie, ja czekam na brzegu.
Jemy dobry obiad na mieście, potem kawa i ciastko, zaglądamy do sklepów z zamiarem
kupienia kilku płyt z muzyką do samochodu.
Układamy torby i robimy też porządki w samochodzie, przed jutrzejszymi kontrolami na granicy.
Mamy jeszcze w samochodzie "trochę" alkoholu, przypłynął razem z JWR z Polski. I doszedł jeszcze ten, który dostałem od Siergieja.
Ciekawe jakie są sankcje, za posiadanie takiej ilości....?

Jutro ruszamy, do Mongolii, czeka nas ponad 230 kilometrowa dojazdówka, granica, i kolejne 350 km. Ciekawe ile czasu zajmie nam dojazd do Ułan Bator.

4683 km Dzień 11

Nie było wyjścia

Nie było wyjścia - spałem z Piotrkiem w jednym łóżku. W całym Ułan Ude nie było wolnych pokoi.
Pani w jednym z nich na naszą prośbę zadzwoniła do osoby, która zrobiła rezerwację
z pytaniem czy przyjeżdża, okazało się że nie, tylko dlatego dostaliśmy pokój.

Na śniadanie kasza na mleku i kawa.
Kasza bardzo mi smakuje, może dlatego, że w domu nie jadam, a może dlatego że inaczej tu ją przygotowują. Ktoś powie, kasza jak kasza, ale w (z) podróży pamietamy też smaki.

Dzisiaj pierwszy raz od momentu jak wyruszyłem w tą podróż nie prowadzę, kolega ochoczo chwycił za ster, ja pełnię rolę nawigatora.

Pojechaliśmy nad Bajkał, z Ułan Ude 175 km w jedną stronę.
Szymek ochoczo wskakuje do zimnej wody jeziora i pływa. Woda w Bajkale jest bardzo zimna, podają, że ma cztery stopnie.
To moja druga wizyta w tych okolicach, byłem w Irkucku w 2004 roku.
Przyjechałem wtedy z Moskwy w ciągu 4,5 dnia Koleją Transsyberyjską - sam -, to była ciekawa i udana podróż.

Nurtuje mnie pytanie, jak teraz będzie wyglądała moja dalsza podróż, czy w towarzystwie drugiej osoby w samochodzie, będzie tak samo?
Przyzwyczaiłem się, czy będę otwarty, na to co dzieje się dokoła tak samo jak dotychczas?

4284 km Dzień 10

Ułan-Ude

Wczoraj przed połnocą dotarłem do Ułan-Ude.
Nocuję w hotelu, rano o 7.50 ma wylądować Piotrek, czekam na niego.

Dzisiejszy dzień jest dla mnie dniem odpoczynku, kolega się aklimatyzuje - jest + 38 oC.
Zwiedzamy miasto.
Ułan Ude, jest głównym miastem Buriacji, z ogromnym placem Sowietów i największą w Rosji rzeźbą głowy Lenina.
Miasto do 1987 roku było miastem zamkniętym dla "obcych", są tu zakłady produkujące samoloty.

Jutro jedziemy nad Bajkał.

4284 km Dzień 9

Drogi nie da się opisać, nieba też!

Droga jest jak najlepszy dziurawy ser, jest jak tarka, rozbita przez ciężarówki.
Często jadę poboczami, są w lepszym stanie, mniej trzęsie, mogę jechać szybciej!
Niebo pokazuje niespotykany dotąd kontrast i błękit, takiego nieba u nas nie ma!

Przesłuchałem całą muzykę z iPhona, miarowo szumi wentylator, w radiu od ponad 1 000 km też tylko szumi.
Doceniam iPhona, za dobry aparat, kamerę HD, muzykę i telefon.

Dzisiaj po raz pierwszy widziałem spalony las, dziura, hektary pustki w tajdze.

Zatrzymuję się w wiosce, chcę kupić wodę i banany na drogę.
Zaczepiają mnie mieszkańcy, pytają skąd, dokąd, dlaczego?
Mieszkają w swojej osadzie i w takim rejonie, że nikt z obcych tu nie dociera.
Koniecznie muszą być zdjęcia z Polakiem - podróżnika w swoim życiu nigdy nie widzieli, oryginalnego Jeepa wyprodukowanego w USA też nie, i jest duże prawdopodobieństwo, że w swoim życiu czegoś podobnego nie zobaczą ....
Kilka kilometrów dalej w kolejnej wsi, pytam przechodzącego dziadka o drogę, ten zaprasza do siebie.
Siedzimy chwilę, dziadek wypytuje o szczegóły, czestuje herbatą i ciastem, przedstawia rodzinę.

Jadę dalej....
Wjeżdżam do Buriacji, to kolejny region Syberii.
To kolejna strefa czasowa, teraz różnica miedzy Polską to + 7 h
Przejechałem dzisiaj 557 km w 13 godzin, mam nadzieję, że to ostatni taki dzień w trakcie tej wyprawy z tak długą dojazdówką.

3727 km Dzień 8

Mój akcent...

Na trasie jem śniadanie, zamawiam jajecznicę, chleb i kawę.
Pani jak mnie zobaczyła, to ją sparaliżowało, przysiadła i nie chciała ze mną gadać, ledwo udało mi się zrealizować zamówienie.
I nie jest to kwestia mojego kilkudniowego zarostu, tylko akcentu.
Tak tu często jeszcze ludzie reagują na innostrańca - obcokrajowca.
Rano jak opuszczałem schronisko, to pani z recepcji pochwaliła się, że dzwoniła wczoraj do syna z informacją, że ma pierwszego w swojej karierze innostrańca i to jeszcze z Polski.
Była chyba tym mocno przejęta.

Na parkingu przy stacji paliw widzę, że stoją 2 motocykle, jeden ma PL, nasi!
Wchodzę do baru - spotykam Mateusza i Krisa.
Mateusz z Legnicy, Kris Szwajcar mieszkający w St. Petersburgu.
Każdy z nich gdzieś jedzie. Postanowili, że pewien odcinek pokonają razem.

Zostaję w okolicznym pasiołku - to niższa ranga wsi.
Wieczorem jest przedstawienie i wiejska zabawa z okazji końca szkoły..
Lenin czuwa nad wszystkim - film + kilka zdjeć z wiejskiego "patriotycznego" domu kultury.

Jestem zadowolony że tu przyjechałem, każdy dzień dostarcza niesamowitą dawkę wrażeń, emocje, adrenalina, kolejny dzień i kolejna dawka i nie ważne już jak zakończy się ta podróż...

3349 km Dzień 7

Sprawdzenie auta, olej, itp ...

Wstałem wcześnie, po 7 byłem już po śniadaniu.
Sprawdzenie auta, przemycie szyb, olej ....
Dzisiaj muszę trochę podgonić, bo zmarudziłem, zajeżdżając to tu, to tam.

Do głównej drogi mam 90 km, po takich dziurach jakich jeszcze nie widziałem.

Po drodze brzozy, wrzosy i łąki pełne kwiatów, pod bezkresem błękitnego nieba.
Jest ładnie .....

Wjeżdżam w kolejny region, to Zabajkalski Kraj.
Syberyjskie świerki wypierają brzozy, ale krajobraz przez to wydaje się spokojniejszy.
Brzozy swoim wyglądem wprowadzały jakiś dziwny niepokój w krajobrazie.

Potem wszędzie pojawiły się tysiące białych motyli (nic nie piłem!), po kolejnych kilometrach krajobraz zmienił się w stepowy, z ludźmi na koniach pilnującymi wypasających się stad.
Bardziej nowoczesną formą zaganiania stada, jest Łada (wszystkie produkowane modele).
Czy to już Mongolia czy jeszcze Rosja?

Zrobiłem dzisiaj 1095 km, musiałem.
W poniedziałek rano do Ułan-Ude przylatuje Piotrek, drugi uczestnik wyprawy, przywiezie ze sobą nowy komplet amortyzatorów.
Norbert (trzeci uczestnik wyprawy) nazwał Piotrka J23, bo ten dość często relacjonuje żonie co robimy, gdzie byliśmy i gdzie będziemy.

2254 km Dzień 6

Syberia...

Czy Syberia może się podobać, czy można ten rejon polubić podobnie jak Toskanię czy Norwegię?
Już coś kiełkuje, jeszcze słabo, jeszcze potrzebuję czasu, jeszcze musi spaść kolejny deszcz,
a wtedy .....

I choć na pytanie nie znam jeszcze odpowiedzi, to żyć na pewno tutaj bym nie chciał.
To bardzo wymagająca kraina!

Dzisiaj zafascynowany tym wszystkim co dookoła, zjechałem 90 km z trasy.
Na koniec dnia dotarłem do brzydkiej miejscowości, tamy i "lux" schroniska w lesie.

1878 km Dzień 5

Spadł deszcz i od razu zrobiło się chłodniej, temperatura spadła do znośnych 25 st. C

Spadł deszcz i od razu zrobiło się chłodniej, temperatura spadła do znośnych 25 st. C

Dzisiejszy dzień poza szybką asfaltową dojazdówką, jest też mocno off - roadowy.
Zjeżdżam z drogi M 58, by po 13 km podmokłego i zalesionego traktu dotrzeć do wsi Dobrjanka.
To typowy obraz Syberyjskiej wioski - ładna! Choć zimą musi być strasznie!
Póżniej na przemian szutrami i dziurawym asfaltem po 23 km docieram do przeprawy promowej przez rzekę Zeja.
Mijam Swobodnyj i w Szymanowsku zatrzymuję się na nocleg.

Udało mi się kupić dokładne mapy Amurskiej Obłasti - rejonu w którym obecnie się znajduję.

1530 km Dzień 4

Wczorajszy dzień to długa dojazdówka

I można by powiedzieć, że niewiele się działo poza: wykolejonym pociągiem towarowym na głównej magistrali transyberyjskiej, zaraz potem po drodze przemieszczała się kolumna wojsk rakietowych z mocno uzbrojoną w kałachy obstawą i pyszne gorące pierożki z kartoflami, mięsem i kapustą kupione od pani, która sama je w domu robiła.

Wczoraj przejechałem do kolejnej strefy czasowej i teraz według World Time Zone, różnica między Polską to +9 h.

Na noc zatrzymałem się we wsi Ekaterinosławka, gdzie na miejskim stadionie był pokaz kaskaderów i ..... pomnik Lenina.

Temperatury są wykańczające, cały czas + 33 oC, od rana do 23.00
Rozmawiałem z nauczycielką geografii, która powiedziała, że o tej porze będzie jeszcze + 45 C i potwierdziła, że zima jest - 40, fajnie...

Syberia, ludzie, droga i widoki, dostarczają tylu wrażeń, że wszystko ciężko spamiętać, teraz wspomnę tylko o pięknych lasach brzozowych, które ciągną się przez setki kilometrów....

750 km Dzień 2,3

Chabarowsk

Ciekawe i ładne miasto - co w Rosji nieczęsto się zdarza.
Chabarowsk położony jest nad brzegiem rzeki Amur.
W mieście jest fabryka łodzi i browar produkujący znane wielu osobom piwo Baltika.

Zajechałem do warsztatu, który zajmuje się autami z napędem 4x4.
Moje przypuszczenia się potwierdziły, przednie amortyzatory przy większych prędkościach źle pracują.
Do Bajkału myślę że dojadę, tam dokonam wymiany.

Wczoraj na trasie w czasie obiadu dosiadł się do mnie Żenia i Wałodia, zjedli zupę, wypili pół litra, a już byli wstawieni, zapraszali do siebie, nie skorzystałem, wiedziałem czym to się skończy.
Każdy pojechał w swoją stronę....

350 km Dzień 1

Gafur - przyjeciel z...

O 11 rano przyjechał po mnie Gafur - przyjaciel z Azerbejdżanu, który jak tylko mógł opiekował się mną w czasie pierwszej i drugiej wizyty w mieście - przyjechał specjalnie z domu by wyprowadzić mnie z miasta, fatygował się bym tylko nie błądził. Krótki uścisk, do zobaczenia.....

45 kilometrów dalej zajeżdżam do miejscowości Artiom, tam czeka na mnie Siergiej, który wczoraj przez 11 godzin ze mną dzielnie uczestniczył w odprawie samochodu.
Siergiej prosił bym zajechał, bo chciał pokazać mi miasto w którym się urodził i w którym mieszkał.
Przygotował mi na drogę: wiśniowkę i 2 inne butelki specjałów oraz trochę słodyczy - byłem miło zaskoczony.
Ostrzegł, że wiśniówkę, którą zrobił jego ojciec, trzeba z rozwagą pić bo mocna i ma ponad 70%.
Jeszcze nie próbowałem, gdybym to zrobił nie byłoby relacji.

Dzisiaj przejechałem ok  350 km, temperatura 32 oC
Z autem jest jakiś problem, przednie zawieszenie źle pracuje.
Jutro niedziela, ale postaram się znaleźć czynny warsztat, niech "druzja" zobaczą.

0 km Dzień 1

START!

Rosja, sobota 23 czerwca, godzina 11 czasu lokalnego, (Polska +10)

Po 60 dniach od wysłania samochodu z Zielonej Góry oraz po 11 godzinach walki z Rosyjską biurokracją i celnikami, udało się nam dosłownie wyrwać auto z portu.
Odprawę kontenera zaczęliśmy o godz. 9.30, a auto wyjechało z portu o 20.

Oto pierwsze zdjęcia JWR w Rosji, na zdjęciach Alieksiej i Sasza, którzy pomagali w odprawie.

Dziś pierwsze kilometry trasy.... więcej szczegółów i realacje z wyprawy wkrótce! 

0 km Dzień 10

10 dni w jednych
spodniach

Od tygodnia siedzimy na miejscu i czekamy na kontener z samochodem, bo jak to w Rosji zazwyczaj ma miejsce, nic nie jest na czas. Auto, które mieliśmy odebrać w zeszły poniedziałek nie zostało przeładowane w Korei i dopiero jutro ma dotrzeć do portu. Z niecierpliwością czekamy na nie w jednych spodniach, bo wszystkie nasze rzeczy mamy w JWR.
Jutro chwila prawdy .... i cd!

0 km Dzień 1

Magadan

Dotarliśmy do Magadanu http://goo.gl/maps/OPHm, z tego miejsca ropoczynamy naszą wyprawę, małe przygotowania i ruszamy w trasę, przed nami tysiące kilometrów. Poniżej kilka zdjęć z tego magicznego miejsca, gdzie czas się trochę zatrzymał.

km Dzień przed.

Przygotowania idą pełną parą

Na 42 dni przed startem wyprawy, przygotowaliśmy naszego Jeepa, zapakowaliśmy do kontenera i wysłaliśmy w daleką podróż do portu w Habmurgu, a następnie do Władywostoku - wschodnia Syberia, tam zaczynamy naszą wyprawę, a poniżej kilka fotografii z przygotowań.

0 km Dzień , miesiąc przed planowaną wyprawą

Maroko - trening

Maroko 2012 - trening przed wyprawą, której start zaplanowano na 15.05.2012, wkrótce pełna relacja z treningu.



Sponsorzy

  • Finder Online
  • Orlen OIL
  • Torzecki
  • ostSped.pl
  • AutoŚwiat
  • Intra

Patron medialny

  • AutoŚwiat 4x4